Co w trawie piszczy
Cały czas trwa moja przerwa między sezonami. Nie jest źle! Odpoczywam i korzystam z uciech życia
, chociaż coraz bardziej brakuje mi biegania i nie raz miałem już ochotę wyjść z domu. Ale trzymam się założeń i do 1 grudnia nie będę biegać!
Wszystko wskazuje na to, że kolano też ma się całkiem nieźle. Przy zdroworozsądkowym planie treningowym kontuzja ta nie powinna wrócić. A plan to podstawa i cały czas nad nim pracuję. Gdzieś tu kiedyś pisałem, że wolę biegać bez planu. Życie pokazało jednak, że z planem biegam więcej i mądrzej. Stąd powrót do tabelek i rozpisek na kilka tygodni do przodu.
Na blogu ostatnio posucha za co przepraszam. Mam już dla was napisaną recenzję butów Nike, ale nie mam kiedy zrobić zdjęć. Myślę, że w weekend uda mi się tę rzecz opublikować. Poza blogiem pracuję teraz coraz bardziej intensywnie nad innym swoim projektem biegowym i jeśli tylko uda się go urzeczywistnić, to będziecie pierwszymi jego recenzentami
Z innych spraw. Usunąłem się z Facebooka, więc nie ma też fanpage’u Formatowni. Kto ma ochotę może znaleźć Formatownię na Google+.
I to tyle ogłoszeń parafialnych. Biegajcie dużo i do przodu!
Drugi sezon za mną
Półmaratonem w Kościanie skończyłem z zawodami w roku 2011. Tym samym zrobiłem sobie przerwę w bieganiu, która potrwa do końca listopada. Wraz z grudniem wznowię treningi i rozpocznę nowy sezon, który mam nadzieję będzie lepszy niż ten miniony. Nim zacznę snuć plany na przyszłość, spróbuję podsumować swoje dokonania w roku 2011.
Było
Cele były jasno określone i jak to często bywa, niektóre zostały osiągnięte, a inne nie. Mimo wszystko z sezonu jestem zadowolony, nawet bardzo. Muszę zresztą przyznać, że określając rok temu wyniki, jakie chciałbym uzyskać, nie byłem świadomy, ile pracy to będzie wymagać.
Nie udało mi się zejść poniżej 20 minut w biegu na 5 km. Taki dystans często biegałem na początku roku w ramach GP Poznania i z każdym biegiem było coraz lepiej. Warunki w tych biegach były różne i tylko bodaj raz idealne do złamania granicy. Zabrakło niestety 50 sekund, co jest dużą ilością sekund na tym dystansie. Przypuszczam, że granica w końcu by pękła, ale później nie miałem już żadnej okazji, by biegać 5 km. Po tych „piątkach”, które zrobiłem, stwierdzam, że wolę dłuższe biegi.
Z tego też pewnie powodu nie było też rewelacji na dystansie 10 km. Najlepszy wynik osiągnąłem na Maniackiej Dziesiątce, kiedy udało mi się zejść poniżej 43 minut. Później już nie było okazji do bicia rekordu, bo każda „dyszka” w drugiej połowie sezonu była przygotowaniem do startów w półmaratonach, które stały się celem nadrzędnym.
Właśnie z półmaratonów jestem najbardziej zadowolony. Długi czas czekałem na pobicie ubiegłorocznego rekordu z Kościana. Najpierw była mizerna Nowa Sól, potem przyzwoity Grodzisk Wielkopolski i trudne Gniezno. W końcu udało mi się urwać minutę z rekordu w Zbąszyniu! Szybko przyszły Szamotuły i kolejne 7 minut do przodu. Była to dla mnie wielka niespodzianka na koniec sezonu, która przywróciła mi wiarę we własne możliwości. Został oczywiście jeszcze Kościan, który przebiegłem znów poniżej 1 godziny i 40 minut oraz z dużym strachem przed kontuzją, która męczy moje kolano.
Nie mógłbym podsumować sezonu bez wspomnienia o debiucie w maratonie. Wybór padł na Kraków, gdzie każdy wynik poniżej 4 godzin brałbym w ciemno. Wynik osiągnąłem i w ten sposób dołączyłem do szacownego grona maratończyków.
Tyle o wynikach, ale przecież biegi to nie wszystko. Nie do końca jestem zadowolony z treningów po czerwcu. Za dużo w nich nieregularności, która przełożyła się na brak poznańskiego maratonu w moim kalendarzu. Muszę przy tym przyznać, że lepiej biegać z planem treningowym niż bez niego, choć jeszcze wiosną pisałem coś innego. Czas to najlepszy nauczyciel, zwłaszcza pokory! Inną sprawą są kontuzje. Najpierw dopadły mnie modzele, które wyleczyłem po kilku miesiącach, teraz za to walczę z kolanem. Jeśli wszystko pójdzie do przodu, to będę więcej dbał o ćwiczenia uzupełniające, odpowiednią rozgrzewkę i rozciąganie po treningu. W ogóle chciałbym w sobie wytrenować nawyk ćwiczeń siłowych, bo w tym roku jakoś mi to marnie szło.
Ten sezon to także multum nowych znajomości. Chciałbym Was wszystkich razem pozdrowić! Mam nadzieję, że często będziemy się widywać na biegach i żaden z nas nie odpuści. Czym byłby bieg, gdybyśmy mieli w nich uczestniczyć samotnie?
Będzie?
Na nowy sezon mam następujące cele:
- jak największa ilość startów w GP Wielkopolski w Półmaratonie,
- starty w biegach na 10 km: Leszno-Grzybowo, Maniacka, Widziszewo, Chyża, Turew, Rakoniewice,
- 2 biegi z cyklu GP Poznania jako przetarcie przed innymi biegami,
- maraton w Poznaniu,
- sztafeta (idealnie, gdyby była w Bochni).
Oczywiście zakładam pobicie jakiejś życiówki. Być może do listy dołączy jakaś ciekawa impreza, ale na dokładną budowę kalendarza przyjdzie jeszcze czas. Chciałbym się zamknąć w 20 biegach, bo tegoroczne 25 startów nieco mnie zmęczyło. Nastawiam się więc przede wszystkim na półmaratony, które lubię najbardziej. Chcę też w końcu pobiec w najbliższym mi maratonie. Liczę też po cichu na jakąś sztafetę ze znajomymi, bo najważniejsza w bieganiu jest zabawa i poznawanie nowych ludzi. „Dyszki” raczej potraktuję po macoszemu, a w GP Poznania raczej będę się przecierał przed innymi wyzwaniami.
Obecnie powoli myślę o sensownym planie treningowym i leczeniu kontuzji. Muszę wyciągnąć wnioski, zminimalizować błędy i mądrze rozpisać wszystko. Mam nadzieję, że przyszły sezon będzie bardziej regularny niż ten. Trzymajcie kciuki!
VII Międzynarodowy Kościański Półmaraton
Na koniec sezonu wypadł występ przed własną publicznością. Półmaraton, w którym maczałem palce organizacyjnie, odbył się wczoraj i był wisienką na moim biegowym torcie. Spodziewałem się wielu swoich kibiców, ale było ich znacznie więcej. Do tego mnóstwo znajomych biegaczy, których poznałem w tym sezonie i zawsze zapraszałem na ten bieg. By plusów nie było za mało, to również pogoda dopisała i mieliśmy piękną złotojesienną aurę.
Jeszcze na starcie nie wiedziałem jak pobiec, ale atmosfera wokół udzieliła mi się i postanowiłem pobiec na 1:40. A miałem oszczędzać kolano! No trudno, niech mnie zdrowie pokarze! Start nie był mocny, bo po dwóch kilometrach tempo wychodziło 4:40/km. Starałem się ciągnąć za sobą Bartka, ale ten odpuścił i do końca biegu przyszło mi biec wśród anonimowych mi biegaczy. Od drugiego kilometra strasznie miałem suche usta i już myślami byłem przy pierwszym punkcie z wodą, który wypadał dopiero około 9 kilometra. Jakoś przetrwałem do tego momentu i zaraz potem spotkała mnie duża niespodzianka – Marcin z fajnym transparentem „PUDEL!” (przezwisko jeszcze z czasów szkolnych) głośno mnie dopingujący. Siły wróciły i nim się obejrzałem pierwszą dużą pętlę miałem za sobą. W strefie startu/mety dużo znajomych twarzy z Emilią, Alą i tatą na czele. Nawet nie kontrolowałem czasu, ale wychodziło na czas w okolicach 1:36 na mecie. Niestety od 12 do 16 kilometra czułem, że słabnę. W międzyczasie na trasie pojawiła się mama z siostrą, ale nie mogłem wykrzesać z siebie pary. Siłą woli dotrwałem do 17 kilometra i pociągnąłem dalej do agrafki. Potem już było z górki, bo wiedziałem, że w centrum czekają mnie znów moi fantastyczni kibice. Ostatni kilometr to już pełna kontrola sytuacji i przyspieszanie. Na samej końcówce dopadłem kilku zawodników i z czasem 1:38:45 zająłem 275 miejsce. Medal na szyi od organizatorów, drugi super specjalny od Emilii i powoli powolutku impreza się dla mnie kończyła.
Z biegu jestem bardzo zadowolony. Nie dość, że cała masa znajomych, którzy nie szczędzili dla mnie braw i gardeł, to jeszcze kolejny czas poniżej 1:40. Forma przyszła na sam koniec, szkoda tylko że z kontuzją. Mimo wszystko jestem winie wszystkim na trasie wielkie dzięki! Dzięki znajomym biegaczom, że chciało im się tu przyjechać i pobiec. Dzięki kibicom, że byli praktycznie na całej trasie i wykorzystali piękna pogodę. Dzięki w końcu moim kolegom organizatorom za starania włożone w ten bieg, bo wiem, że chcieli zrobić dobra imprezę. Mam wielką nadzieję, że w tym samym gronie spotkamy się za rok.
Nie zabrakło fotek i tym razem, które możecie zobaczyć tutaj.
Tim Rogers „Mój pierwszy maraton”
Niedawno do sprzedaży trafiła kolejna książka Wydawnictwa Buk Rower o bieganiu o chwytliwym tytule „Mój pierwszy maraton”. Pozycję tę zawdzięczamy Timowi Rogersowi, a ja spróbuję Wam ją jak najlepiej przedstawić. Co ciekawe, czytałem ją jakby po fakcie, bo swój debiut maratoński miałem w kwietniu tego roku. Sytuacja ta ma jednak wielką zaletę – mogę na chłodno ocenić tezy autora i porównać do własnych doświadczeń.
Cel: maraton
Książka od początku do końca jest przeznaczona dla osób, które nigdy maratonu nie biegły. Ba! Jest przeznaczona też dla osób, które nie biegają wcale. Tim Rogers napisał książkę dla wszystkich, którzy w jakikolwiek sposób marzyli o przekroczeniu mety królewskiego dystansu. Jeśli jesteś taką osobą, to zdaje się, że dobrze trafiłeś.
Fundament
Dużym atutem „Mojego pierwszego maratonu” jest dokładny opis podstaw. Każda osoba chcąca przebiec maraton nie zdaje sobie sprawy, ile zmian w jej życiu zajdzie od obrania celu, przez treningi, aż do mety. Jest to droga pewnych wyrzeczeń i postanowień, które doskonale wylicza autor. Rogers prowadzi „żółtodziobów” biegania za rękę, by w żadnym momencie nie czuli się zagubieni: doradza zakup odpowiedniego sprzętu; omawia istotę treningu i wylicza jego rodzaje; nie zapomina o sprawie rozgrzewki i rozciągania; zachęca do prowadzenia dzienniczka i udziału w zawodach na krótszych dystansach. Co ciekawe, niemal od razu proponuje zapisanie się do maratonu, by dobrze znać swój cel i przede wszystkim z niego nie rezygnować. Oczywiście wymaganie jest jedno, ten maraton musi odbyć się nie szybciej niż w ciągu pół roku.
Istota treningu
Tim Rogers stawia sprawę jasno: przygotowanie do maratonu wymaga kilku miesięcy treningów. Swój plan treningowy rozpisał na 24 tygodnie i jest to typowy plan oparty na sukcesywnym zwiększaniu objętości. Oczywiście im dalej w las, tym częściej w planie pojawiają się szybsze jednostki, ale istotą są weekendowe coraz dłuższe spokojne wybiegania. Jest to mądre podejście, bo każdy maratończyk potwierdzi, że bez odpowiedniego kilometrażu na treningach królewski dystans zamieni się w katorgę.
Nie tylko bieganie
Dużą zaletą książki „Mój pierwszy maraton” jest zaznaczenie wartości ćwiczeń uzupełniających na siłowni. Fakt ten często zupełnie niesprawiedliwie jest pomijany przez biegaczy, nawet tych z dłuższym stażem. Autor zachęca do korzystania z siłowni, wzmacniania mięśni, które podczas biegu niekoniecznie są wykorzystywane, a mają wpływ na nasz bieg, np. na wyprostowaną postawę. Szkoda tylko, że Rogers skupił się na samym nakłanianiu do ćwiczeń uzupełniających, a nie na ich opisie, czego mi szczególnie zabrakło.
Swój osobny rozdział otrzymało jedzenie i picie. Jak zawsze więc nie zabrakło informacji, co składa się na dobrą dietę biegacza, co jeść i pić przed biegiem, jakie ilości pokarmu i płynu dostarczać w trakcie biegu i bezpośrednio po nim. Wszystko w jasnym wykładzie, w którym nikt się nie pogubi.
Do mety
Tim Rogers swojego czytelnika prowadzi do samej mety, a nawet poza nią. Dokładnie opisuje, co robić w ostatnich dwóch tygodniach przed maratonem, a czego się wystrzegać. Szczególnie skupia się na ostatnich dniach, gdzie najmniejszy błąd może zaprzepaścić kilkumiesięczny trud. Przyszli maratończycy w żadnym momencie nie odczują braku mapy. Autor uchwycił chyba wszystkie możliwe aspekty ostatnich dni przygotowań i tutaj należy go szczególnie pochwalić. Nie zostawia też przyszłych maratończyków na linii startu maratonu: radzi jakim tempem biec, kiedy pić i jeść i jak cieszyć się pokonywanym dystansem. Nie zapomniał też o aspekcie regeneracji po przebiegnięciu królewskiego maratonu i wyznaczeniu kolejnego celu.
Podsumowanie
Nie chcę popadać w euforię, ale książka Tima Rogersa wydaje się być bardzo udanym podręcznikiem dla tych, którzy chcieliby pierwszy raz przebiec maraton. W moim odczuciu jest świetnie wyważona między tym, co konieczne i potrzebne a tym, co stanowi już „wyższą szkołę jazdy”. Do tego dochodzi bardzo zrozumiały język, brak nadmiaru definicji, czytelny podział na rozdziały i podrozdziały, nienachalne prowadzenie za rękę od początku do końca oraz podsumowania każdego rozdziału. Ręczę za to, że nikt przy lekturze się tutaj nie zgubi i cały czas będzie wiedział, o czym mowa. Jedyne, co może denerwować, to ciągłe odniesienia do maratonu w Londynie. Jest to jednak problem natury lokalizacyjnej: trudno wymagać od zagranicznego autora, by pisał o specyfice polskiego maratonu, której po prostu nie zna.
Jeśli kiedykolwiek pomyślałeś, by przebiec maraton, to ta książka znacznie Ci to ułatwi! Z czystym sumieniem polecam!
VII Międzynarodowy Kościański Półmaraton – zaproszenie
Nie byłbym sobą, gdybym nie zaprosił was do mojego rodzinnego Kościana na półmaraton. Myślę, że dla wielu z was będzie to doskonała okazja do mocnego akcentu na koniec sezonu. Bieg odbędzie się 6 listopada, w niedzielę o godzinie 13:00. Kto nie ma sił na połówkę, może pobiec w towarzyszącym biegu na dystansie 6,5 km.
W tym roku na wszystkich biegaczy czeka nowa trasa. Oczywiście jest ona atestowana przez PZLA, dlatego można śmiało skusić się na bicie życiówki. Jej zaletą jest płaski profil i zredukowana ilość zakrętów w porównaniu z poprzednią. Ścigać będziemy się na jednej małej pętli i dwóch dużych.
Każdy zawodnik dostanie koszulkę, ciepły posiłek oraz medal na mecie. Czas będzie mierzony za pomocą chipów, a nie kodów kreskowych jak w latach ubiegłych. Mam cichą nadzieję, że pogoda dopisze i nie zawiodą też kibice.
Ja ze swej strony bardzo prawdopodobnie pobiegnę jako nieoficjalny zając na wynik 1:59:59. Wszystko zależy od stanu mojego kolana, któremu już się znacznie poprawiło po Szamotułach, ale wolę go nie masakrować na samą końcówkę sezonu.
Jeszcze raz zapraszam wszystkich. Więcej informacji, mapka, regulamin i zapisy dostępne są na stronie półmaratonu.
O mnie
- Na blogu jest już mapka niedzielnego biegu, który organizuję wraz z http://t.co/J1xLlpXR w ramach Polska Biega. Ok. 4 km do pokonania :-) >>
- A dzień wcześniej półmaraton w Wilkowicach. Pobiegnę tam treningowo. Dla podtrzymania formy przed Grodziskiem! >>
- Już w niedzielę w Kościanie I Bieg o Robaczywe ;-) Jabłko. Jako organizator zapraszam! >>
- Treningi z miCoach idą coraz lepiej. Nie powiem, żeby było łatwo. Bieganie na tempo męczy :) >>
- Za mną dramatyczny bieg w Trzemesznie, o którym możecie poczytać na blogu! Następne Wilkowice i kolejny półmaraton! >>




