VIII Maniacka Dziesiątka
To druga edycja, w której miałem przyjemność wziąć udział. Tym razem bardzo dopisała pogoda, bo nie dość, że słońce cały czas świeciło, to temperatura wskazywała ok. 20 stopni Celsjusza. Nad Maltą pojawiłem się z Emilią na 2 godziny przed biegiem. Szybko spotkaliśmy pierwszych znajomych, których w Poznaniu w ten dzień było całe mnóstwo. Odbiór pakietu wyszedł sprawnie i już po chwili mogliśmy znów rozmawiać z kolegami o bieganiu. Zapowiadał się piękny bieg!
Pół godziny przed startem byliśmy już na ulicy Baraniaka. Rozgrzałem się nieco, by wyczuć, jak ta pogoda na mnie może wpłynąć. Nie było najgorzej, ale pierwszy pot pojawił się szybko! Zaplanowałem pobiec w mniej niż 50 minut, choć zdawałem sobie sprawę, że tłum 2000 biegaczy może ponieść mnie i stracę głowę.
Startera tradycyjnie nie było słychać i chwilę też musiałem poczekać zanim tłum ruszył. Stopowałem się nieco, by nie przesadzić, choć początek był i tak mocny. Swoje tempo dopiero obliczyłem na 3 kilometrze, gdyż wcześniej nie zauważyłem tabliczek z oznaczeniami dystansu. Biegłem tempem ok 4:45, co mnie zupełnie satysfakcjonowało. Pierwsze okrążenie minęło szybko i bez większej historii. Trochę wyprzedzania z mojej strony i bycia wyprzedzanym przez innych, co przy tylu zawodnikach jest zupełnie normalne. Przed 5 kilometrem pomachałem do Emilii i ruszyłem pod górkę, by osiągnąć za moment półmetek.
Druga połówka to coraz większe zmęczenie organizmu. Na szczęście załapałem się jeszcze na wodę (ponoć dalej był z tym już problem) i trzema solidnymi łykami dodałem sobie animuszu na dalszą część biegowego spektaklu. Od 6 kilometra biegliśmy już w stałej grupie, którą dzielnie, choć mocno nieoficjalnie i nieświadomie prowadziła zawodniczka z Maniaca Poznań. Ostatnie 300 metrów, to tradycyjna walka o miejsce i urwanie kilku sekund. Dzięki temu udało mi się uzyskać czas poniżej 47 minut i wyniósł on dokładnie 46:57 (netto). Miejsce w 6. setce biegaczy zupełnie mnie zadowalało, a brązowy medal przyjąłem z uśmiechem, wiedząc że za rok będzie walka o odzyskanie srebra.
Impreza była bardzo sympatyczna, pomimo pewnych niedociągnięć. Nie wiem, czy jeśli za rok zmieni się trasa i pobiegniemy miastem, to Maniacka nie straci części swojego uroku, ale o tym przyjdzie mi się dopiero przekonać. Teraz chciałbym pozdrowić absolutnie wszystkich znajomych biegaczy, którzy w Poznaniu byli, łącznie z tymi, którzy nie biegli (Seweryn – do Ciebie te słowa).
A fotki naturalnie możecie obejrzeć tutaj.
Maraton Blogów: Emilia
„Przyjemność biegania” to chyba mój ulubiony blog biegaczki. Żadnej innej nie czyta mi się tak przyjemnie jak Emilii właśnie. Na czym polega ten mały fenomen? Spróbuję wam przybliżyć.
Przede wszystkim Emilia nie zanudza relacjami ze swoich treningów. U niej nie spodziewam się cotygodniowej notki z jej biegowych zmagań i… dobrze! Jeśli jest nowy wpis, to konkretny i o danym problemie. Bez zbędnego i tradycyjnego „nie chciało mi się wyjść na trening, ale jednak poszłam…”. Dzięki temu odnoszę wrażenie, że czytam u Emilii o czymś ważnym i tak to traktuję. Nie pomijam żadnego jej wpisu, bo jeśli już coś koleżanka wyciągnęła na tapetę, to nie bez powodu. Ta zasada się sprawdza od dłuższego czasu i nie mam wątpliwości, że to się nie zmieni.
Do tego dochodzą relacje z biegów i to biegów nie byle jakich: maraton w Poznaniu, półmaraton w Szwecji czy Półmaraton Wiązowski. Nie ma tego dużo, ale jest opisane dokładnie i przystępnie. W tych zresztą wpisach pojawia się dużo emocji, co znowu sprawia, że jest ciekawie. Mamy więc i radość i gorycz porażki, po której następuje długo wyczekiwana chęć poprawienia wyniku i pokonanie słabości. Takie psychologiczne starcia zawsze lubiłem.
A sama Emilia to sympatyczna osoba. Piszę tak, nie tylko dlatego, że mogłem ją poznać osobiście przy okazji poznańskiego maratonu, ale tak właśnie sobie ją wyobrażam czytając „Przyjemność biegania”.
Polecam blog, bo to przyjemne czytanie!
12 Godzinny Podziemny Bieg Sztafetowy 2012
Na pomysł, by pojechać do Bochni wpadłem na miesiąc przed losowaniem ekip. Wciągnąłem w to Bartka, który skompletował nam drużynę Pierwszych Lepszych o Marcina i Krzyśka. W takim składzie spotkaliśmy się w piątek na dworcu w Lesznie i ruszyliśmy za Kraków.
Droga minęła dość szybko. Udało nam się zajechać na czas, choć nie byliśmy pierwsi i dlatego musieliśmy odstać chwilę na zjazd na dół. 200 metrów pod ziemią to już brak zasięgu w telefonach i życie przy sztucznym świetle, ale warunki wcale nie były spartańskie. Dostęp do łazienek, baru, sali gimnastycznej i dość wygodne łóżka były w zupełności wystarczające. Zjedliśmy kolację i dalej raczyliśmy się piwkiem, które towarzyszyło nam w drodze do Bochni. Szybko znalazł się też Wojtek, który biegł w innej sztafecie. Na koniec dnia zdecydowaliśmy się nawet na mały mecz piłkarski z kilkulatkami, po czym zapadliśmy w sen.
Sobotni poranek nie należał do przyjemnych, gdyż zbudzeni zostaliśmy przez zapalone światło i hałas już o 6:30. I na nic się zda stoper w uszach, kiedy lampa zapłonie nad twym łożem – pomyślałem biblijnie. Nieco niedospany rozbudziłem organizm wizytą w toalecie i późniejszym śniadaniem. Dalej to już typowe przygotowania do biegu. Na 20 minut przed godziną startu pojawiliśmy się w strefie zmian, do której trzeba było dojść długimi schodami. Ustaliliśmy, że biegniemy po 1 pętli wg kolejności: Bartek, Marcin, Krzysiek, ja. Już na początku nie wyszła nam zmiana z Marcina na Krzyśka, ale poprawiliśmy to i do końca nie zdarzało się, by ktoś biegł 2 pętle bez świadomości tego na starcie swojego „dyżuru”.
Ja na swoich zmianach nie chciałem przesadzić. W końcu wiedziałem, że mam w nogach bardzo mało treningowych kilometrów. O dziwo, na pierwszych moich pętlach tempo miałem w okolicach 11 minut. Z czasem oczywiście to spadło do 12, a na końcu pewnie i więcej, ale już tego nie kontrolowałem. Problemem były dla mnie zmienne warunki na trasie. Na jednym nawrocie było bardzo zimno, na drugim zdecydowanie ciepło. Do tego w strefie zmian też nie było najcieplej. Zacząłem więc od biegu w krótkich spodenkach i koszulce, a kończyłem w długich spodniach i bluzce z długim rękawem pod t-shirtem.
Ostatni mój dyżur wypadł dokładnie w momencie, kiedy na zegarze w miejscu godziny świeciły się dwa zera i minutnik schodził od 59 w dół. Niestety na tej właśnie pętli chwycił mnie skurcz uda i pośladka, przez co raczej już tylko dokuśtykałem do strefy zmian. Resztę musieli biegać już Marcin i Bartek. Ostatecznie udało mi się nabiegać 13 kółek, co daje 31 kilometrów i 460 metrów. Moja drużyna z kolei nabiegała 146 kilometrów i 20 metrów, co dało nam zaszczytne 40 miejsce wśród 61 drużyn. Wynik niezły, choć zakładaliśmy, że będziemy w pierwszej połówce drużyn. Do pewnego momentu nawet nam się to udawało. Niestety Bochnia szybko zweryfikowała nasze siły i moc.
Po biegu pozostało zjeść pizzę, wypić piwko i iść spać. Byłem nieźle zmęczony i wiedziałem, że nie uniknę zakwasów, ale kąpiel i zaspokojenie głodu poprawiło mi humor i czułem wielkie zadowolenie z siebie i drużyny.
W niedzielę zaplanowaliśmy wczesną pobudkę, bo chcieliśmy zaliczyć wycieczkę po kopalni. To się udało bez problemu, choć nogi bolały wcale nie mniej niż dnia poprzedniego wieczorem. Po wycieczce nastąpiła dekoracja, gdzie każda drużyna mogła wyjść na scenę i odebrać medale. W tej miłej atmosferze dotarliśmy do końca naszego pobytu w kopalni i na kilkanaście minut przed 12-tą wyjechaliśmy na powierzchnię. Dalej to już była droga do Leszna, która minęła wyjątkowo szybko.
W tym miejscu chciałbym podziękować mojej ekipie za udany weekend i wysiłek włożony w bieg. Było bardzo pozytywnie i jak tylko miną mi zakwasy, jestem chętny na kolejne wyzwanie
Zapraszam jeszcze na relację z biegu na portalu Radia Elki.
Co ja biegam
Chciałbym zaprosić was na mojego drugiego bloga o bieganiu. Mało na nim treści, bo skierowany jest na polecanie i promowanie ciekawych materiałów o bieganiu. Z tego powodu przeważają na nim linki oraz krótkie komentarze. Jest to taki blog, który mógłbym porównać do facebookowego „lubię to” lub googlowskiego „+1″. Wrzucam tam to, co sam uważam za dobre z punktu widzenia biegacza amatora. Liczy się więc jakość. Zauważyłem, że piszemy wszyscy naprawdę świetne teksty, które toną gdzieś w naszych raportach z treningów i relacjach z biegów. Chciałbym to jakoś wyłowić i wyróżnić. Sam jestem ciekaw, czy mi się to uda. Zapraszam ciepło, cieplej, gorąco!
Wyjście na prostą
Wszystko wskazuje na to, że najgorsze mam już za sobą i mogę się wreszcie skupić na treningach. Jeszcze ostatnie oznaki choroby towarzyszyły mi podczas biegu w Lesznie, ale kiedy piszę te słowa, czuję się o niebo lepiej. To najważniejsza informacja i tego się trzymam. Nie zrażam się nikłym kilometrażem w lutym (całe 42 km) i nie wpadam w panikę z powodu braku treningów w styczniu. Widocznie tak miało być.
Plan startowy cały czas jest możliwy do zrealizowania, choć szczyt formy przyjdzie nieco później niż pierwotnie planowałem. Co ciekawe, może wtedy już być lato, a lato to zawsze sprawdzian dla mojej silnej woli, która zanika proporcjonalnie do wzrostu temperatury powietrza. Za wcześnie jest jednak, by wysnuwać tak dalekie plany. Przede mną Bochnia i dwa biegi w Poznaniu: 10 km i półmaraton. Na tym się koncentruję, bo te biegi powiedzą mi, w jakim miejscu jestem. Spodziewam się, że jeszcze jakiś czas będę musiał oglądać plecy znajomych, choć doskonale sobie zdaję sprawę, że jeszcze się z nimi ścigać będę. Póki co pokora i skromność, bo nikt tak nie próżnował tej zimy jak ja.
O mnie
- Na blogu jest już mapka niedzielnego biegu, który organizuję wraz z http://t.co/J1xLlpXR w ramach Polska Biega. Ok. 4 km do pokonania :-) >>
- A dzień wcześniej półmaraton w Wilkowicach. Pobiegnę tam treningowo. Dla podtrzymania formy przed Grodziskiem! >>
- Już w niedzielę w Kościanie I Bieg o Robaczywe ;-) Jabłko. Jako organizator zapraszam! >>
- Treningi z miCoach idą coraz lepiej. Nie powiem, żeby było łatwo. Bieganie na tempo męczy :) >>
- Za mną dramatyczny bieg w Trzemesznie, o którym możecie poczytać na blogu! Następne Wilkowice i kolejny półmaraton! >>




