Tim Rogers „Mój pierwszy maraton”
Niedawno do sprzedaży trafiła kolejna książka Wydawnictwa Buk Rower o bieganiu o chwytliwym tytule „Mój pierwszy maraton”. Pozycję tę zawdzięczamy Timowi Rogersowi, a ja spróbuję Wam ją jak najlepiej przedstawić. Co ciekawe, czytałem ją jakby po fakcie, bo swój debiut maratoński miałem w kwietniu tego roku. Sytuacja ta ma jednak wielką zaletę – mogę na chłodno ocenić tezy autora i porównać do własnych doświadczeń.
Cel: maraton
Książka od początku do końca jest przeznaczona dla osób, które nigdy maratonu nie biegły. Ba! Jest przeznaczona też dla osób, które nie biegają wcale. Tim Rogers napisał książkę dla wszystkich, którzy w jakikolwiek sposób marzyli o przekroczeniu mety królewskiego dystansu. Jeśli jesteś taką osobą, to zdaje się, że dobrze trafiłeś.
Fundament
Dużym atutem „Mojego pierwszego maratonu” jest dokładny opis podstaw. Każda osoba chcąca przebiec maraton nie zdaje sobie sprawy, ile zmian w jej życiu zajdzie od obrania celu, przez treningi, aż do mety. Jest to droga pewnych wyrzeczeń i postanowień, które doskonale wylicza autor. Rogers prowadzi „żółtodziobów” biegania za rękę, by w żadnym momencie nie czuli się zagubieni: doradza zakup odpowiedniego sprzętu; omawia istotę treningu i wylicza jego rodzaje; nie zapomina o sprawie rozgrzewki i rozciągania; zachęca do prowadzenia dzienniczka i udziału w zawodach na krótszych dystansach. Co ciekawe, niemal od razu proponuje zapisanie się do maratonu, by dobrze znać swój cel i przede wszystkim z niego nie rezygnować. Oczywiście wymaganie jest jedno, ten maraton musi odbyć się nie szybciej niż w ciągu pół roku.
Istota treningu
Tim Rogers stawia sprawę jasno: przygotowanie do maratonu wymaga kilku miesięcy treningów. Swój plan treningowy rozpisał na 24 tygodnie i jest to typowy plan oparty na sukcesywnym zwiększaniu objętości. Oczywiście im dalej w las, tym częściej w planie pojawiają się szybsze jednostki, ale istotą są weekendowe coraz dłuższe spokojne wybiegania. Jest to mądre podejście, bo każdy maratończyk potwierdzi, że bez odpowiedniego kilometrażu na treningach królewski dystans zamieni się w katorgę.
Nie tylko bieganie
Dużą zaletą książki „Mój pierwszy maraton” jest zaznaczenie wartości ćwiczeń uzupełniających na siłowni. Fakt ten często zupełnie niesprawiedliwie jest pomijany przez biegaczy, nawet tych z dłuższym stażem. Autor zachęca do korzystania z siłowni, wzmacniania mięśni, które podczas biegu niekoniecznie są wykorzystywane, a mają wpływ na nasz bieg, np. na wyprostowaną postawę. Szkoda tylko, że Rogers skupił się na samym nakłanianiu do ćwiczeń uzupełniających, a nie na ich opisie, czego mi szczególnie zabrakło.
Swój osobny rozdział otrzymało jedzenie i picie. Jak zawsze więc nie zabrakło informacji, co składa się na dobrą dietę biegacza, co jeść i pić przed biegiem, jakie ilości pokarmu i płynu dostarczać w trakcie biegu i bezpośrednio po nim. Wszystko w jasnym wykładzie, w którym nikt się nie pogubi.
Do mety
Tim Rogers swojego czytelnika prowadzi do samej mety, a nawet poza nią. Dokładnie opisuje, co robić w ostatnich dwóch tygodniach przed maratonem, a czego się wystrzegać. Szczególnie skupia się na ostatnich dniach, gdzie najmniejszy błąd może zaprzepaścić kilkumiesięczny trud. Przyszli maratończycy w żadnym momencie nie odczują braku mapy. Autor uchwycił chyba wszystkie możliwe aspekty ostatnich dni przygotowań i tutaj należy go szczególnie pochwalić. Nie zostawia też przyszłych maratończyków na linii startu maratonu: radzi jakim tempem biec, kiedy pić i jeść i jak cieszyć się pokonywanym dystansem. Nie zapomniał też o aspekcie regeneracji po przebiegnięciu królewskiego maratonu i wyznaczeniu kolejnego celu.
Podsumowanie
Nie chcę popadać w euforię, ale książka Tima Rogersa wydaje się być bardzo udanym podręcznikiem dla tych, którzy chcieliby pierwszy raz przebiec maraton. W moim odczuciu jest świetnie wyważona między tym, co konieczne i potrzebne a tym, co stanowi już „wyższą szkołę jazdy”. Do tego dochodzi bardzo zrozumiały język, brak nadmiaru definicji, czytelny podział na rozdziały i podrozdziały, nienachalne prowadzenie za rękę od początku do końca oraz podsumowania każdego rozdziału. Ręczę za to, że nikt przy lekturze się tutaj nie zgubi i cały czas będzie wiedział, o czym mowa. Jedyne, co może denerwować, to ciągłe odniesienia do maratonu w Londynie. Jest to jednak problem natury lokalizacyjnej: trudno wymagać od zagranicznego autora, by pisał o specyfice polskiego maratonu, której po prostu nie zna.
Jeśli kiedykolwiek pomyślałeś, by przebiec maraton, to ta książka znacznie Ci to ułatwi! Z czystym sumieniem polecam!
Danny Dreyer, Katherine Dreyer „Bieganie bez wysiłku”
Mam w ręku książkę zupełnie inną niż te, z którymi dotychczas się spotkałem. Nie ma tutaj skomplikowanych wykresów, naukowych podstaw czy zabójczych planów treningowych. Autorzy omawiają tutaj technikę biegu opartą na chińskiej filozofii Chi, nazywając ją po prostu „Chi Running”. Spróbuję w kilkunastu zdaniach przedstawić wam pozycję Wydawnictwa Buk Rower, pozostawiając wam decyzję, czy warto po nią sięgnąć.
Podstawy Chi Running
Pierwsze rozdziały poświęcone są fundamentom techniki Chi Running. Największą jej zaletą ma być jej niekontuzjogenność. Większość dolegliwości, z którymi się borykamy, to według autorów zasługa treningu siłowego, na jaki z reguły decydujemy się. Dlatego Chi Running stoi w opozycji do biegania siłowego, chcąc jak najlepiej wykorzystać płynny i swobodny ruch rozluźnionego ciała. Tutaj siła nie tkwi w mięśniach nóg, ale w mięśniach brzucha i kręgosłupie, który uwalnia energię. Odblokowanie tej energii to klucz do sukcesu. Pomaga dojść do dobrej biomechaniki, która z kolei obniża poziom odczuwalnego wysiłku (POW). Chi Running wykorzystuje też takie aspekty jak siły fizyczne otaczającego świata. Człowiek tylko wtedy wykorzysta grawitację, jeśli pochyli się do przodu, w innym wypadku przyciąganie będzie go hamować.
Punkty skupienia
Pomysł autora wymaga od biegającego dużej koncentracji. Biegacz musi posiąść umiejętność wyczucia ciała. To pozwala mu szybko zlokalizować przeszkodę (np. ból łydki) i odpowiednio ją zneutralizować (np. poprzez zwolnienie tempa, poprawienie ułożenia stopy). Wyczucie ciała ma jednak ważniejsze zadanie, pozwala biegającemu skoncentrować się na jednym z punktów skupienia, o których mówi rozdział 4. Czym są owe punkty? To np. wyprostowana postawa, pochylenie ciała, ułożenie stopy, utrzymanie głowy, wydajne oddychanie czy rozluźnienie stawów. Jest tego o wiele więcej i opanowanie całości może zabrać nieco czasu. Jednak według autorów już przyswojenie jednego czy dwóch punktów powinno przynieść wymierne korzyści dla naszego biegania. Bo autorzy podkreślają by techniki uczyć się małymi kroczkami, stopniowo wprowadzając kolejne aspekty Chi Running.
Terminologii czar
Choć autorzy proponują zestaw ćwiczeń, które możemy wykonać w domu, najważniejszy dla nich jest sam bieg. Do każdego treningu biegacz powinien przygotować się umysłowo i fizycznie stosując odpowiednie ćwiczenia rozluźniające. Potem powinien wybrać jeden z typów treningów: interwał formy lub szybkościowy, bieg na długi dystans, bieg na luzie, bieg górski lub bieg na tempo. Nazwy wydają się znajome, ale nie znajdziemy tutaj wskazówek co do tempa czy kilometrażu. Dla autora jest najważniejsze, by podczas danego treningu realizować polecane przez niego punkty skupienia. Tempo i odległość należy wyczuć samemu w zgodzie z zasadą wyczucia ciała. Bo ten skan ciała odgrywa kluczową rolę i na jego podstawie można wyeliminować poszczególne dolegliwości. Jak to zrobić? – temu poświęcony jest niemal cały rozdział w książce i są to rady bardzo proste i skuteczne.
Zawody
Oczywiście Chi Running nie jest tylko po to, by trenować i nie łapać kontuzji. Jej nadrzędnym celem jest coraz szybsze i lepsze bieganie, które ma przełożyć się na wyniki na zawodach. Książka „Bieganie bez wysiłku” nie pomija bowiem tych naszych świąt, jakim są starty w biegach. Autorzy opisują, jak optymalnie przygotować się do zawodów, by dzień X był udany. Dochodzą do tego takie porady, jak odżywianie w ramach Chi, nawadnianie, wybór butów, strategia startu i wszystko to, o czym niby już wszystko wiemy, a co warte jest przypomnienia.
Forma
Nie będę mówił o tej sportowej formie, ale o książce. „Bieganie bez wysiłku” ma jedną z ładniejszych okładek wśród literatury biegowej. Nie gorzej jest też wewnątrz: wystarczającej wielkości czcionki; odpowiednie wytłuszczenia; ładne wypunktowania; wyraźne, choć szare ilustracje i rysunki; przejrzyste tabele i wykresy. Jednak nie wygląd jest ważny, lecz treść.
Książka składa się z 10 rozdziałów, dodatku i indeksu. Każda z części rozwija nieco inną stronę Chi Running, ale zespolona z resztą buduje swoistą całość. To duża zaleta tej książki, gdyż cały czas czuć, że autor wiedział, co chciał przekazać. To też zasługa przekładu z angielskiego (odpowiedzialny za translację był Filip Zubczewski), który wyszedł całkiem nieźle. Prosty, zrozumiały język nie powinien nikomu przysporzyć trudności ze zrozumieniem treści. Szkoda tylko, że solidna, merytoryczna warstwa poza praktycznymi informacjami zbyt często jest rozwlekana przez dwa chwyty stylistyczne: wypowiedzi osób trenujących pod okiem autora oraz tłumaczenie pewnych aspektów Chi Running poprzez infantylne porównania do świata zewnętrznego. Uważam, że wystarczyłby w zupełności opis danego problemu bez rozwijania go w długie analogie lub historie anonimowych biegaczy.
Meta
Napisałem na początku, że sami musicie zdecydować, czy książkę kupić, czy też nie. To mimo wszystko trochę inne spojrzenie na bieganie, które nieco dystansuje nas od ciągłej potrzeby poprawiania wyników lansowanej w innych książkach. Myślę jednak, że ktoś kto traktuje swoje bieganie jako hobby, czuje się amatorem i chce po prostu frunąć do przodu bez obciążeń fizycznych i psychicznych, to powinien po tę pozycję sięgnąć. Nie będę jej polecał osobom interesującym się jogą, mantrą, czy samym Chi, bo dla nich, jeśli tylko biegają, to pozycja w jakimś sensie obowiązkowa.
Czy technika Chi Running ma sens? Do końca nie mogłem wszystkiego przetestować, ale niektóre rzeczy udało mi się sprawdzić i trudno nie przyznać racji autorowi. Kiedyś tutaj skarżyłem się na ból pleców i dopiero teraz dzięki radom z tej książki umiem na tyle się rozluźnić, że przypadłość nie następuje. Mogę potwierdzić działanie kilku punktów skupienia, choć zdaję sobie sprawę, że sam nie wykonuję ich jeszcze do końca poprawnie. Po prostu wybrałem te najbardziej mnie interesujące, które mogą mi pomóc i powoli obserwuję postęp. Nie znaczy to, że stanę się zagorzałym fanem Chi Running. Ta książka po prostu bardzo dobrze uświadamia, jak duży wpływ na nasze wyniki ma technika biegu, której trenowanie z reguły odstawiamy w kąt. Dlatego warto przeczytać i przemyśleć jeszcze raz swoje bieganie i spróbować poprawić tyle, ile się da.
O mnie
- Na blogu jest już mapka niedzielnego biegu, który organizuję wraz z http://t.co/J1xLlpXR w ramach Polska Biega. Ok. 4 km do pokonania :-) >>
- A dzień wcześniej półmaraton w Wilkowicach. Pobiegnę tam treningowo. Dla podtrzymania formy przed Grodziskiem! >>
- Już w niedzielę w Kościanie I Bieg o Robaczywe ;-) Jabłko. Jako organizator zapraszam! >>
- Treningi z miCoach idą coraz lepiej. Nie powiem, żeby było łatwo. Bieganie na tempo męczy :) >>
- Za mną dramatyczny bieg w Trzemesznie, o którym możecie poczytać na blogu! Następne Wilkowice i kolejny półmaraton! >>











