XXI Półmaraton Mogilno-Trzemeszno
3 maja, w święto, przyszło mi jechać na półmaraton do Trzemeszna. Podwiózł mnie tam Bartek z Magdą, a stamtąd na linie startu w Mogilnie autobus. Pogoda dopisywała i to jeszcze jak! 30 st. C w cieniu zapowiadało ostrą walkę ze samym sobą. Do tego dochodziły grille w dwa poprzednie dni, gdzie na pewno nie piłem samego soczku, a raczej coś z procentami. W tych warunkach założeniem minimum było zejście poniżej 1:50, ale chciałem pobiec na 1:45.
Na starcie w Mogilnie wszyscy zawodnicy mieli okazję obejrzeć 3-majowy marsz z orkiestrą. Krótko po tym ruszyliśmy na trasę i szybko opuściliśmy miasteczko startu. Od początku prażyło słońce i od początku wspinaliśmy się i zbiegaliśmy z górek. Biegłem wraz z Bartkiem i Adamem. Tempo poniżej 5 minut mogło dać nam rewelacyjny czas. Do 5 km czułem się wyśmienicie, zupełnie nic mi nie przeszkadzało, a częste punkty z wodą dodawały otuchy w to słońce. Trasa do 9 kilometra wiodła asfaltem, by na jakieś 3 km przejść w szuter. Tutaj zaczęło coraz bardziej przeszkadzać mi słońce, a do tego jakby zabrakło punktu z wodą. Co gorsza, cała trasa była praktycznie niezacieniona. Na 12 km miałem już dość, czułem się jak wielka maszyna parowa. Poddałem się psychicznemu naciskowi i przeszedłem w marsz oraz skorzystałem z okazji i zrobiłem siku. Postanowiłem ograniczyć się do planu minimum, ruszyłem, ale słabszym tempem. Nogi były ciężkie jak z ołowiu, a w głowie kilka razy musiałem stoczyć bój o to, by znowu nie przejść w marsz. Przy 16 kilometrze podłapałem się koleżanki w żółtej koszulce i już tak razem biegliśmy niemal do mety. W Trzemesznie zdążyło jeszcze mnie zadziwić, że ruch samochodowy nie został wstrzymany. Po rundzie w centrum miasta, zacząłem się wspinać na ostatni podbieg do stadionu. Przy dość głośnym dopingu kibiców przekroczyłem jakże upragnioną linię mety. Odebrałem medal, wodę i mogłem wreszcie odpocząć i uspokoić serce. Czas ostatecznie wyszedł słaby, 1:48:11 i dał mi 147 miejsce na 361 zawodników. Nie jest to jednak jakąś ujmą, gdyż warunki na trasie były naprawdę ciężkie. Mam więc co do tego biegu mieszane uczucia, gdyż mogłem po prostu zacząć ciut wolniej i może bym nie musiał maszerować.
Organizacyjnie bieg zasłużył na 5 w skali szkolnej. Trochę dziwnie były rozstawione punkty z wodą, gdyż w środkowej części trasy zwyczajnie mi ich zabrakło. Zdziwiłem się też, że w Trzemesznie nie został wstrzymany ruch samochodowy. Choć nic się nie stało, przy większej ilości zawodników o wypadek byłoby nietrudno. Cała reszta: biuro zawodów, parking, informacja, szatnie, prysznice, medal, ilość wody na mecie, posiłek po biegu oraz pakiet były zupełnie ok.
Na końcu pozdrowienia. Dla Bartka i Magdy, którzy mi towarzyszyli. Dla wszystkich znajomych: Wojtka, Bartka, Michała, Mariusza, Radka i innych, których spotkałem. Dla kibiców za głośny doping. Dla mamy, która miała w ten dzień imieniny
Fotki z biegu autorstwa Ani, skąd wziąłem powyższe zdjęcie znajdziecie tutaj.
Półmaraton Ostrzeszowski im. Mirosława Zaremby
Na najdalszy bieg z cyklu Grand Prix Wielkopolski w Półmaratonie udałem się dzięki uprzejmości i wraz z chłopakami z Lusówka: Radkiem, Michałem i Mariuszem. Droga minęła nam szybko, ale pogoda za oknem nie zachęcała do biegania. Siąpił deszcz, a temperatura wynosiła ok. 8 stopni Celsjusza. Organizacyjnie nie spodziewałem się cudów, bo zeszłoroczne relacje uczestników nie były zbyt pochlebne. I jakby na potwierdzenie tego, już w biurze zawodów był mały chaos. Miejsca zdecydowanie było za mało, a każdy stolik zajmował się czymś innym: opłatą, bonem żywnościowym czy numerem startowym. Wszystko jednak udało się załatwić w 10 minut. Pakiet okazał się być całkiem fajny: ekotorba, skarpetki niebiegowe, bon na posiłek, baton, napój energetyczny, numer startowy, który był jednocześnie biletem wstępu na basen. Do startu mieliśmy jeszcze dobrą godzinę, więc w pobliskim barze skusiliśmy się na pomidorówkę z makaronem.
Na pół godziny przed startem byliśmy już gotowi do walki. Ten czas poświęciliśmy chowaniu się przed deszczem i wiatrem oraz oglądaniu rywalizacji dzieci na stadionie. Nasz start nastąpił punktualnie i ruszyliśmy do boju. Pierwsze krótsze okrążenie minęło szybko. Zapoznałem się z profilem, który do najłatwiejszych nie należał. Dwa długie podbiegi dawały w kość, a na jednym z nich dodatkowo wiał wiatr prosto w twarz. Dwa punkty z wodą, niezła temperatura powietrza i chłodzący wiatr sprawił, że mimo niesprzyjających warunków biegło mi się całkiem przyjemnie. Jedyny minus to namoczony numer startowy, który ledwo trzymał się agrafek, dlatego schowałem go do spodenek. Długa pętla była właściwie powtórzeniem pierwszej, ale wydłużona została o jakiś kilometr. Czułem się po niej nieźle i nawet za namową jednego biegacza ruszyłem z nim nieco do przodu, bo była szansa złamania 1:40. Ten zamiar musieliśmy jednak porzucić na prostej, gdzie wiatr nie był sprzyjający i mieliśmy do pokonania ostatni długi podbieg. Na ostatnim kilometrze, który prowadził przez las starałem się nieco podkręcić tempo i wbiegając na stadion wiedziałem, że uda mi się połamać 1:42. Ostatecznie czas mój wyniósł 1:41:57 i dał mi 48. miejsce na 132 zawodników. Odebrałem bardzo ładny odlewany medal i pozostało mi czekać na moich współtowarzyszy.
Po biegu tradycyjnie udaliśmy się na posiłek – kiełbaskę oraz na… basen. Okazał się on strzałem w dziesiątkę, bo nieco nas odświeżył i zrelaksował i był o niebo lepszy niż kolejna bawełniana koszulka. Po basenie udaliśmy się już w kierunku Poznania.
Bieg oceniam pozytywnie, mimo kilku niedociągnięć organizacyjnych. Jego wielką zaletą jest profil trasy i basen w pakiecie. Chciałem pobiec szybciej niż w Poznaniu i tym razem udało się urwać ok. 5 minut, co oceniam bardzo pozytywnie. Jeszcze rok temu we wrześniu ten wynik dałby mi życiówkę. Liczę więc po cichu na to, że niedługo regularnie będę schodził poniżej czasu 1:40, a przy którymś z biegu uda się pobić rekord. Pozdrawiam oczywiście chłopaków, którzy mnie dowieźli na imprezę i odwieźli do Poznania. Miło było Was poznać i razem pobiegać.
Zdjęcie Krzyśka Lubczyka.
5 Poznań Półmaraton
Wczorajszy poranek nie zapowiadał nic obiecującego. Za oknem kilka stopni powyżej 0 st. C i niebo zasłonięte chmurami nie napawały jakimś hiperoptymizmem. Zjadłem moje tradycyjne przedbiegowe śniadanie w postaci 4 kromek chleba z dżemem i banana, popijając całość herbatą. Po przygotowaniu ciuszków, przypięciu numeru, wraz z osobistą fotoreporterką pojechaliśmy w stronę Malty, by w miarę sensownie zaparkować samochód. Już nad samą Maltą spotkaliśmy się z naszym kolegą Markiem, który miał debiutować na połówce koronnego dystansu, a chciał się zmieścić między 1:50 a 2:00, czyli po prostu dobiec w czasie poniżej 2 godzin.
Przed samym startem zastosowałem lekką rozgrzewkę. Ponieważ Marek chciał na początku trzymać się grupy 1:50, postanowiłem biec z nim. Planowałem tak trwać przez połowę dystansu, po której albo zdecydowałbym się na lekkie przyspieszenie albo na trzymanie dotychczasowego tempa. Na kilkanaście minut przed startem zza chmur wyszło słońce, a chmury rozsunęły się porządnie na boki, przez co postanowiłem biec w krótkich spodenkach, co okazało się strzałem w dziesiątkę.
Na starcie czekał już cały tłum biegaczy. Doświadczenie mi podpowiadało, by się ustawić 2 metry przed grupą na 1:50, bo za tą ekipą będzie na pewno ścisk. Strzał startera rozruszał tłum i po minucie minęliśmy linię startu. Pierwsze 2 kilometry to szukanie swojego miejsca w szyku. Biegliśmy z Markiem ramię w ramię, ale jakimś magicznym sposobem daliśmy się wyprzedzić balonikom na 1:50, na szczęście tylko na kilkanaście metrów. Początkowo było bardzo ciasno, zwłaszcza na zakrętach. Co rusz też ktoś znienacka wbiegał pod nogi lub trącał łokciem, no ale w końcu było nas tam prawie 5000 biegaczy.
Do 5 kilometra czas minął szybko. Pierwsze stoliki z wodą wyszły całkiem sprawnie i nawet chyba zbytnio się opiłem. Marek cały czas trzymał tempo i z krótkich naszych rozmów potwierdzał, że czuje się zupełnie dobrze. Do 10 km dziwiłem się sam sobie, że nie potrafię poznać tych dzielnic Poznania, przez które na tym etapie biegliśmy. Kilometry uciekały szybko, raz po raz potwierdzane muzyką przydrożnych grajków. Kibice też dopisali, choć na pewno było im chłodno w ten wietrzny poranek. Mi zaczął doskwierać „bocheński” ból lewego pośladka, a Markowi stopa. Kolejne stoliki wyszły jednak znów sprawnie. Zgubiliśmy przy nich zajęcy na 1:50, którzy zostali za nami kilkanaście metrów. Byłem pewien, że za moment i tak się z nimi zrównamy, ale nastąpił nieoczekiwany zwrot w akcji w postaci ulicy Rolnej, gdzie ciężki dobry rock dodał nam skrzydeł. Nie przyspieszyliśmy nagle, ale po prostu musieliśmy lekko dołożyć pary w nogi, bo baloniki zaczęły powoli i systematycznie zostawać w tyle. Marek nawet zbluzgał mnie, że podświadomie przyspieszam, ale biegł wytrwale dalej obok.
Wiedziałem, że najważniejszym punktem będzie 15 kilometr. To dla mnie ta granica, gdzie wiem już, co będzie dalej. Kiedy go osiągnęliśmy, wziąłem ze stolików oprócz wody cukier. Marek zrobił podobnie, co potem uznał za duży plus. Ja byłem już pewien, że tym tempem dotrwam do mety, nawet jeśli miałoby mi strzelić coś w felernym lewym pośladku. Bardziej nawet zacząłem się martwić o Marka, który przecież debiutował, a tutaj czas zapowiada się w okolicach rewelacyjnego 1:48. Kolejna krótka rozmowa i poza bólem stopy, z resztą u niego było ok. Powiedziałem mu tylko, że dobiegniemy już tak do mety. Teraz już nie było wybacz, skoro pozbawiłem go baloników zajęcy. Nim się obejrzeliśmy wbiegaliśmy już na most Rocha. Zacząłem odczuwać duży ból nóg, ale starałem się nie zwalniać. Minęliśmy Politechnikę i już byliśmy na Baraniaka. Ostatnie 2 kilometry i podbieg, który Marek musiał mocno poczuć, bo przeklinał głośno. Ostatni punkt z wodą to już duże zmęczenie. Bliskość mety dodawała mi jednak sił. Marek jakby zwątpił, ale szybko go zmotywowałem, by biegł cały czas tak samo. Na jakieś 500 metrów przed metą wspólnie lekko przyspieszyliśmy i minęliśmy sporą liczbę biegaczy. Zbieg z mostku to była formalność. Wpadliśmy na metę, gdy zegar pokazywał ok. 1:48:30, co mi dało czas netto 1:47:27, a Markowi 1:47:29. Mocno zmęczeni, a jednak zadowoleni: ja ze swojego przyzwoitego wyniku w pierwszym maratonie w tym roku, a Marek chyba na swój sposób szczęśliwy z debiutu w ogóle. Nazwał mnie małym faszystą, bo dopiero na mecie poczuł prawdziwy ból i długo się nie mógł pozbierać, ale chyba było to warte tej satysfakcji jaką miał.
W strefie mety prawie sami znajomi. Z tego, co zrozumiałem padło tam dużo życiówek, więc gratuluję. Poszliśmy po Emilię i w dobrych humorach resztę czasu spędziliśmy na makaronie i powrocie do domu. W ten sposób skończył się mój pierwszy półmaraton w Poznaniu, pierwszy półmaraton jako osoby prowadzącej kogoś na wynik i pierwszy półmaraton w tym roku. Dzięki i wielkie pozdrowienia dla wszystkich, którzy tam byli.
Fotki znajdziecie tutaj.
VIII Maniacka Dziesiątka
To druga edycja, w której miałem przyjemność wziąć udział. Tym razem bardzo dopisała pogoda, bo nie dość, że słońce cały czas świeciło, to temperatura wskazywała ok. 20 stopni Celsjusza. Nad Maltą pojawiłem się z Emilią na 2 godziny przed biegiem. Szybko spotkaliśmy pierwszych znajomych, których w Poznaniu w ten dzień było całe mnóstwo. Odbiór pakietu wyszedł sprawnie i już po chwili mogliśmy znów rozmawiać z kolegami o bieganiu. Zapowiadał się piękny bieg!
Pół godziny przed startem byliśmy już na ulicy Baraniaka. Rozgrzałem się nieco, by wyczuć, jak ta pogoda na mnie może wpłynąć. Nie było najgorzej, ale pierwszy pot pojawił się szybko! Zaplanowałem pobiec w mniej niż 50 minut, choć zdawałem sobie sprawę, że tłum 2000 biegaczy może ponieść mnie i stracę głowę.
Startera tradycyjnie nie było słychać i chwilę też musiałem poczekać zanim tłum ruszył. Stopowałem się nieco, by nie przesadzić, choć początek był i tak mocny. Swoje tempo dopiero obliczyłem na 3 kilometrze, gdyż wcześniej nie zauważyłem tabliczek z oznaczeniami dystansu. Biegłem tempem ok 4:45, co mnie zupełnie satysfakcjonowało. Pierwsze okrążenie minęło szybko i bez większej historii. Trochę wyprzedzania z mojej strony i bycia wyprzedzanym przez innych, co przy tylu zawodnikach jest zupełnie normalne. Przed 5 kilometrem pomachałem do Emilii i ruszyłem pod górkę, by osiągnąć za moment półmetek.
Druga połówka to coraz większe zmęczenie organizmu. Na szczęście załapałem się jeszcze na wodę (ponoć dalej był z tym już problem) i trzema solidnymi łykami dodałem sobie animuszu na dalszą część biegowego spektaklu. Od 6 kilometra biegliśmy już w stałej grupie, którą dzielnie, choć mocno nieoficjalnie i nieświadomie prowadziła zawodniczka z Maniaca Poznań. Ostatnie 300 metrów, to tradycyjna walka o miejsce i urwanie kilku sekund. Dzięki temu udało mi się uzyskać czas poniżej 47 minut i wyniósł on dokładnie 46:57 (netto). Miejsce w 6. setce biegaczy zupełnie mnie zadowalało, a brązowy medal przyjąłem z uśmiechem, wiedząc że za rok będzie walka o odzyskanie srebra.
Impreza była bardzo sympatyczna, pomimo pewnych niedociągnięć. Nie wiem, czy jeśli za rok zmieni się trasa i pobiegniemy miastem, to Maniacka nie straci części swojego uroku, ale o tym przyjdzie mi się dopiero przekonać. Teraz chciałbym pozdrowić absolutnie wszystkich znajomych biegaczy, którzy w Poznaniu byli, łącznie z tymi, którzy nie biegli (Seweryn – do Ciebie te słowa).
A fotki naturalnie możecie obejrzeć tutaj.
12 Godzinny Podziemny Bieg Sztafetowy 2012
Na pomysł, by pojechać do Bochni wpadłem na miesiąc przed losowaniem ekip. Wciągnąłem w to Bartka, który skompletował nam drużynę Pierwszych Lepszych o Marcina i Krzyśka. W takim składzie spotkaliśmy się w piątek na dworcu w Lesznie i ruszyliśmy za Kraków.
Droga minęła dość szybko. Udało nam się zajechać na czas, choć nie byliśmy pierwsi i dlatego musieliśmy odstać chwilę na zjazd na dół. 200 metrów pod ziemią to już brak zasięgu w telefonach i życie przy sztucznym świetle, ale warunki wcale nie były spartańskie. Dostęp do łazienek, baru, sali gimnastycznej i dość wygodne łóżka były w zupełności wystarczające. Zjedliśmy kolację i dalej raczyliśmy się piwkiem, które towarzyszyło nam w drodze do Bochni. Szybko znalazł się też Wojtek, który biegł w innej sztafecie. Na koniec dnia zdecydowaliśmy się nawet na mały mecz piłkarski z kilkulatkami, po czym zapadliśmy w sen.
Sobotni poranek nie należał do przyjemnych, gdyż zbudzeni zostaliśmy przez zapalone światło i hałas już o 6:30. I na nic się zda stoper w uszach, kiedy lampa zapłonie nad twym łożem – pomyślałem biblijnie. Nieco niedospany rozbudziłem organizm wizytą w toalecie i późniejszym śniadaniem. Dalej to już typowe przygotowania do biegu. Na 20 minut przed godziną startu pojawiliśmy się w strefie zmian, do której trzeba było dojść długimi schodami. Ustaliliśmy, że biegniemy po 1 pętli wg kolejności: Bartek, Marcin, Krzysiek, ja. Już na początku nie wyszła nam zmiana z Marcina na Krzyśka, ale poprawiliśmy to i do końca nie zdarzało się, by ktoś biegł 2 pętle bez świadomości tego na starcie swojego „dyżuru”.
Ja na swoich zmianach nie chciałem przesadzić. W końcu wiedziałem, że mam w nogach bardzo mało treningowych kilometrów. O dziwo, na pierwszych moich pętlach tempo miałem w okolicach 11 minut. Z czasem oczywiście to spadło do 12, a na końcu pewnie i więcej, ale już tego nie kontrolowałem. Problemem były dla mnie zmienne warunki na trasie. Na jednym nawrocie było bardzo zimno, na drugim zdecydowanie ciepło. Do tego w strefie zmian też nie było najcieplej. Zacząłem więc od biegu w krótkich spodenkach i koszulce, a kończyłem w długich spodniach i bluzce z długim rękawem pod t-shirtem.
Ostatni mój dyżur wypadł dokładnie w momencie, kiedy na zegarze w miejscu godziny świeciły się dwa zera i minutnik schodził od 59 w dół. Niestety na tej właśnie pętli chwycił mnie skurcz uda i pośladka, przez co raczej już tylko dokuśtykałem do strefy zmian. Resztę musieli biegać już Marcin i Bartek. Ostatecznie udało mi się nabiegać 13 kółek, co daje 31 kilometrów i 460 metrów. Moja drużyna z kolei nabiegała 146 kilometrów i 20 metrów, co dało nam zaszczytne 40 miejsce wśród 61 drużyn. Wynik niezły, choć zakładaliśmy, że będziemy w pierwszej połówce drużyn. Do pewnego momentu nawet nam się to udawało. Niestety Bochnia szybko zweryfikowała nasze siły i moc.
Po biegu pozostało zjeść pizzę, wypić piwko i iść spać. Byłem nieźle zmęczony i wiedziałem, że nie uniknę zakwasów, ale kąpiel i zaspokojenie głodu poprawiło mi humor i czułem wielkie zadowolenie z siebie i drużyny.
W niedzielę zaplanowaliśmy wczesną pobudkę, bo chcieliśmy zaliczyć wycieczkę po kopalni. To się udało bez problemu, choć nogi bolały wcale nie mniej niż dnia poprzedniego wieczorem. Po wycieczce nastąpiła dekoracja, gdzie każda drużyna mogła wyjść na scenę i odebrać medale. W tej miłej atmosferze dotarliśmy do końca naszego pobytu w kopalni i na kilkanaście minut przed 12-tą wyjechaliśmy na powierzchnię. Dalej to już była droga do Leszna, która minęła wyjątkowo szybko.
W tym miejscu chciałbym podziękować mojej ekipie za udany weekend i wysiłek włożony w bieg. Było bardzo pozytywnie i jak tylko miną mi zakwasy, jestem chętny na kolejne wyzwanie
Zapraszam jeszcze na relację z biegu na portalu Radia Elki.
O mnie
- Na blogu jest już mapka niedzielnego biegu, który organizuję wraz z http://t.co/J1xLlpXR w ramach Polska Biega. Ok. 4 km do pokonania :-) >>
- A dzień wcześniej półmaraton w Wilkowicach. Pobiegnę tam treningowo. Dla podtrzymania formy przed Grodziskiem! >>
- Już w niedzielę w Kościanie I Bieg o Robaczywe ;-) Jabłko. Jako organizator zapraszam! >>
- Treningi z miCoach idą coraz lepiej. Nie powiem, żeby było łatwo. Bieganie na tempo męczy :) >>
- Za mną dramatyczny bieg w Trzemesznie, o którym możecie poczytać na blogu! Następne Wilkowice i kolejny półmaraton! >>




