Archiwum wpisów kategorii "Galerie"
kwi 2, 2012

5 Poznań Półmaraton

Wczorajszy poranek nie zapowiadał nic obiecującego. Za oknem kilka stopni powyżej 0 st. C i niebo zasłonięte chmurami nie napawały jakimś hiperoptymizmem. Zjadłem moje tradycyjne przedbiegowe śniadanie w postaci 4 kromek chleba z dżemem i banana, popijając całość herbatą. Po przygotowaniu ciuszków, przypięciu numeru, wraz z osobistą fotoreporterką pojechaliśmy w stronę Malty, by w miarę sensownie zaparkować samochód. Już nad samą Maltą spotkaliśmy się z naszym kolegą Markiem, który miał debiutować na połówce koronnego dystansu, a chciał się zmieścić między 1:50 a 2:00, czyli po prostu dobiec w czasie poniżej 2 godzin.

Przed samym startem zastosowałem lekką rozgrzewkę. Ponieważ Marek chciał na początku trzymać się grupy 1:50, postanowiłem biec z nim. Planowałem tak trwać przez połowę dystansu, po której albo zdecydowałbym się na lekkie przyspieszenie albo na trzymanie dotychczasowego tempa. Na kilkanaście minut przed startem zza chmur wyszło słońce, a chmury rozsunęły się porządnie na boki, przez co postanowiłem biec w krótkich spodenkach, co okazało się strzałem w dziesiątkę.

Na starcie czekał już cały tłum biegaczy. Doświadczenie mi podpowiadało, by się ustawić 2 metry przed grupą na 1:50, bo za tą ekipą będzie na pewno ścisk. Strzał startera rozruszał tłum i po minucie minęliśmy linię startu. Pierwsze 2 kilometry to szukanie swojego miejsca w szyku. Biegliśmy z Markiem ramię w ramię, ale jakimś magicznym sposobem daliśmy się wyprzedzić balonikom na 1:50, na szczęście tylko na kilkanaście metrów. Początkowo było bardzo ciasno, zwłaszcza na zakrętach. Co rusz też ktoś znienacka wbiegał pod nogi lub trącał łokciem, no ale w końcu było nas tam prawie 5000 biegaczy.

Do 5 kilometra czas minął szybko. Pierwsze stoliki z wodą wyszły całkiem sprawnie i nawet chyba zbytnio się opiłem. Marek cały czas trzymał tempo i z krótkich naszych rozmów potwierdzał, że czuje się zupełnie dobrze. Do 10 km dziwiłem się sam sobie, że nie potrafię poznać tych dzielnic Poznania, przez które na tym etapie biegliśmy. Kilometry uciekały szybko, raz po raz potwierdzane muzyką przydrożnych grajków. Kibice też dopisali, choć na pewno było im chłodno w ten wietrzny poranek. Mi zaczął doskwierać „bocheński” ból lewego pośladka, a Markowi stopa. Kolejne stoliki wyszły jednak znów sprawnie. Zgubiliśmy przy nich zajęcy na 1:50, którzy zostali za nami kilkanaście metrów. Byłem pewien, że za moment i tak się z nimi zrównamy, ale nastąpił nieoczekiwany zwrot w akcji w postaci ulicy Rolnej, gdzie ciężki dobry rock dodał nam skrzydeł. Nie przyspieszyliśmy nagle, ale po prostu musieliśmy lekko dołożyć pary w nogi, bo baloniki zaczęły powoli i systematycznie zostawać w tyle. Marek nawet zbluzgał mnie, że podświadomie przyspieszam, ale biegł wytrwale dalej obok.

Wiedziałem, że najważniejszym punktem będzie 15 kilometr. To dla mnie ta granica, gdzie wiem już, co będzie dalej. Kiedy go osiągnęliśmy, wziąłem ze stolików oprócz wody cukier. Marek zrobił podobnie, co potem uznał za duży plus. Ja byłem już pewien, że tym tempem dotrwam do mety, nawet jeśli miałoby mi strzelić coś w felernym lewym pośladku. Bardziej nawet zacząłem się martwić o Marka, który przecież debiutował, a tutaj czas zapowiada się w okolicach rewelacyjnego 1:48. Kolejna krótka rozmowa i poza bólem stopy, z resztą u niego było ok. Powiedziałem mu tylko, że dobiegniemy już tak do mety. Teraz już nie było wybacz, skoro pozbawiłem go baloników zajęcy. Nim się obejrzeliśmy wbiegaliśmy już na most Rocha. Zacząłem odczuwać duży ból nóg, ale starałem się nie zwalniać. Minęliśmy Politechnikę i już byliśmy na Baraniaka. Ostatnie 2 kilometry i podbieg, który Marek musiał mocno poczuć, bo przeklinał głośno. Ostatni punkt z wodą to już duże zmęczenie. Bliskość mety dodawała mi jednak sił. Marek jakby zwątpił, ale szybko go zmotywowałem, by biegł cały czas tak samo. Na jakieś 500 metrów przed metą wspólnie lekko przyspieszyliśmy i minęliśmy sporą liczbę biegaczy. Zbieg z mostku to była formalność. Wpadliśmy na metę, gdy zegar pokazywał ok. 1:48:30, co mi dało czas netto 1:47:27, a Markowi 1:47:29. Mocno zmęczeni, a jednak zadowoleni: ja ze swojego przyzwoitego wyniku w pierwszym maratonie w tym roku, a Marek chyba na swój sposób szczęśliwy z debiutu w ogóle. Nazwał mnie małym faszystą, bo dopiero na mecie poczuł prawdziwy ból i długo się nie mógł pozbierać, ale chyba było to warte tej satysfakcji jaką miał.

W strefie mety prawie sami znajomi. Z tego, co zrozumiałem padło tam dużo życiówek, więc gratuluję. Poszliśmy po Emilię i w dobrych humorach resztę czasu spędziliśmy na makaronie i powrocie do domu. W ten sposób skończył się mój pierwszy półmaraton w Poznaniu, pierwszy półmaraton jako osoby prowadzącej kogoś na wynik i pierwszy półmaraton w tym roku. Dzięki i wielkie pozdrowienia dla wszystkich, którzy tam byli.

Fotki znajdziecie tutaj.

mar 19, 2012

VIII Maniacka Dziesiątka

To druga edycja, w której miałem przyjemność wziąć udział. Tym razem bardzo dopisała pogoda, bo nie dość, że słońce cały czas świeciło, to temperatura wskazywała ok. 20 stopni Celsjusza. Nad Maltą pojawiłem się z Emilią na 2 godziny przed biegiem. Szybko spotkaliśmy pierwszych znajomych, których w Poznaniu w ten dzień było całe mnóstwo. Odbiór pakietu wyszedł sprawnie i już po chwili mogliśmy znów rozmawiać z kolegami o bieganiu. Zapowiadał się piękny bieg!

Pół godziny przed startem byliśmy już na ulicy Baraniaka. Rozgrzałem się nieco, by wyczuć, jak ta pogoda na mnie może wpłynąć. Nie było najgorzej, ale pierwszy pot pojawił się szybko! Zaplanowałem pobiec w mniej niż 50 minut, choć zdawałem sobie sprawę, że tłum 2000 biegaczy może ponieść mnie i stracę głowę.

Startera tradycyjnie nie było słychać i chwilę też musiałem poczekać zanim tłum ruszył. Stopowałem się nieco, by nie przesadzić, choć początek był i tak mocny. Swoje tempo dopiero obliczyłem na 3 kilometrze, gdyż wcześniej nie zauważyłem tabliczek z oznaczeniami dystansu. Biegłem tempem ok 4:45, co mnie zupełnie satysfakcjonowało. Pierwsze okrążenie minęło szybko i bez większej historii. Trochę wyprzedzania z mojej strony i bycia wyprzedzanym przez innych, co przy tylu zawodnikach jest zupełnie normalne. Przed 5 kilometrem pomachałem do Emilii i ruszyłem pod górkę, by osiągnąć za moment półmetek.

Druga połówka to coraz większe zmęczenie organizmu. Na szczęście załapałem się jeszcze na wodę (ponoć dalej był z tym już problem) i trzema solidnymi łykami dodałem sobie animuszu na dalszą część biegowego spektaklu. Od 6 kilometra biegliśmy już w stałej grupie, którą dzielnie, choć mocno nieoficjalnie i nieświadomie prowadziła zawodniczka z Maniaca Poznań. Ostatnie 300 metrów, to tradycyjna walka o miejsce i urwanie kilku sekund. Dzięki temu udało mi się uzyskać czas poniżej 47 minut i wyniósł on dokładnie 46:57 (netto). Miejsce w 6. setce biegaczy zupełnie mnie zadowalało, a brązowy medal przyjąłem z uśmiechem, wiedząc że za rok będzie walka o odzyskanie srebra.

Impreza była bardzo sympatyczna, pomimo pewnych niedociągnięć. Nie wiem, czy jeśli za rok zmieni się trasa i pobiegniemy miastem, to Maniacka nie straci części swojego uroku, ale o tym przyjdzie mi się dopiero przekonać. Teraz chciałbym pozdrowić absolutnie wszystkich znajomych biegaczy, którzy w Poznaniu byli, łącznie z tymi, którzy nie biegli (Seweryn – do Ciebie te słowa).

A fotki naturalnie możecie obejrzeć tutaj.

lut 26, 2012

II Bieg Górski „Leszno-Grzybowo”

Rok temu na tyle spodobał mi się ten wyścig, że na drugą edycję wróciłem z wielką chęcią. Tym razem trasa miała być jeszcze bardziej wymagająca i rzeczywiście tak się stało. Ale od początku.

Bieg w Lesznie był moim debiutem w tym sezonie. Wiedziałem, że nic wielkiego nie pokażę, bo z treningami jestem daleko w tyle. Postanowiłem pobiec treningowo, zupełnie jakbym robił kros. Cieszyłem się na bieg, gdyż wiedziałem, że spotkam znajomych i się nie pomyliłem. Byli niemal wszyscy z okolicy i widać, że nikt nie zrezygnował z biegania! Startujących przybyło i zjawiło się ich około 300, w tym wielu młodych.

Plan był prosty. Każdy kilometr biegnę w równiutkie 6 minut. Początek jak to zwykle, roszady w stawce, zwłaszcza że wąsko. Górki zaczęły się niemal od razu i dobrze, bo rok temu pierwsze 5 km było raczej płaskie. Na trasie co rusz pojawiało się błoto lub spore kałuże, przez co można było się wybrudzić. Lokomotywa brnęła do przodu i biegłem sobie spokojnie swoje. Na początku wyprzedzali mnie, ale z czasem i ja zacząłem wyprzedzać tych, którzy przecenili swoje możliwości. Do półmetku było idealnie, małe zmęczenie i bardzo przyjemny bieg. Wynik nieco ponad plan o 2 minuty. Za punktem z wodą przydarzył mi się wypadek, potknąłem się o wystający korzeń i wyciągnąłem się jak długi. Na szczęście było miękko i nic mi się nie stało. Kontynuowałem bieg. Między 6 a 7 kilometrem były najtrudniejsze podbiegi, ale poszły mi niezwykle gładko. Miałem zadyszkę, ale płuc nie traciłem. Krok za krokiem dotarłem do mety, gdzie czekał na mnie buff, drożdżówka i herbata. Mój czas to około 55 minut z groszami.

Bieg okazał się super i na pewno wrócę tu za rok. Oznaczenia trasy, punkt z wodą, meta – wszystko dopracowane. Trudność na pewno wysoka, jeśli się biegnie na maxa. Przyjemne i nie-uliczne wejście w sezon. Czego więcej chcieć? Chyba tylko fotek z biegu, które zrobiła Emilia.

lis 7, 2011

VII Międzynarodowy Kościański Półmaraton

Na koniec sezonu wypadł występ przed własną publicznością. Półmaraton, w którym maczałem palce organizacyjnie, odbył się wczoraj i był wisienką na moim biegowym torcie. Spodziewałem się wielu swoich kibiców, ale było ich znacznie więcej. Do tego mnóstwo znajomych biegaczy, których poznałem w tym sezonie i zawsze zapraszałem na ten bieg. By plusów nie było za mało, to również pogoda dopisała i mieliśmy piękną złotojesienną aurę.

Jeszcze na starcie nie wiedziałem jak pobiec, ale atmosfera wokół udzieliła mi się i postanowiłem pobiec na 1:40. A miałem oszczędzać kolano! No trudno, niech mnie zdrowie pokarze! Start nie był mocny, bo po dwóch kilometrach tempo wychodziło 4:40/km. Starałem się ciągnąć za sobą Bartka, ale ten odpuścił i do końca biegu przyszło mi biec wśród anonimowych mi biegaczy. Od drugiego kilometra strasznie miałem suche usta i już myślami byłem przy pierwszym punkcie z wodą, który wypadał dopiero około 9 kilometra. Jakoś przetrwałem do tego momentu i zaraz potem spotkała mnie duża niespodzianka – Marcin z fajnym transparentem „PUDEL!” (przezwisko jeszcze z czasów szkolnych) głośno mnie dopingujący. Siły wróciły i nim się obejrzałem pierwszą dużą pętlę miałem za sobą. W strefie startu/mety dużo znajomych twarzy z Emilią, Alą i tatą na czele. Nawet nie kontrolowałem czasu, ale wychodziło na czas w okolicach 1:36 na mecie. Niestety od 12 do 16 kilometra czułem, że słabnę. W międzyczasie na trasie pojawiła się mama z siostrą, ale nie mogłem wykrzesać z siebie pary. Siłą woli dotrwałem do 17 kilometra i pociągnąłem dalej do agrafki. Potem już było z górki, bo wiedziałem, że w centrum czekają mnie znów moi fantastyczni kibice. Ostatni kilometr to już pełna kontrola sytuacji i przyspieszanie. Na samej końcówce dopadłem kilku zawodników i z czasem 1:38:45 zająłem 275 miejsce. Medal na szyi od organizatorów, drugi super specjalny od Emilii i powoli powolutku impreza się dla mnie kończyła.

Z biegu jestem bardzo zadowolony. Nie dość, że cała masa znajomych, którzy nie szczędzili dla mnie braw i gardeł, to jeszcze kolejny czas poniżej 1:40. Forma przyszła na sam koniec, szkoda tylko że z kontuzją. Mimo wszystko jestem winie wszystkim na trasie wielkie dzięki! Dzięki znajomym biegaczom, że chciało im się tu przyjechać i pobiec. Dzięki kibicom, że byli praktycznie na całej trasie i wykorzystali piękna pogodę. Dzięki w końcu moim kolegom organizatorom za starania włożone w ten bieg, bo wiem, że chcieli zrobić dobra imprezę. Mam wielką nadzieję, że w tym samym gronie spotkamy się za rok.

Nie zabrakło fotek i tym razem, które możecie zobaczyć tutaj.

wrz 18, 2011

34 Bieg Lechitów

Dawno już nie pokonałem dystansu półmaratońskiego, ale na szczęście w bieganiu panuje życiowa zasada: okazja czyni złodzieja. Padło na Gniezno, bo pasowało terminowo, no i jest to miasto rodzinne Emilii. W ten sposób mogę Wam zrelacjonować moją przygodę z 34. Biegiem Lechitów.

Biuro zawodów zorganizowane bardzo dobrze. Odbiór numeru startowego i chipa zajął mi dosłownie sekundy. Na start w Ostrowie Lednickim przewiózł nas autobus na dobrą godzinę przed biegiem. Sam Ostrów Lednicki pamiętałem z lat wczesnoszkolnych, ale wart był przypomnienia choćby we fragmencie. Pogoda zdawałaby się idealna: słońce wychodziło zza chmur co chwilę, a przy tym dął przyjemny chłodzący wiatr. Rozgrzewka, rozmowy ze znajomymi i już wszyscy uczestnicy stali na linii startu. Przed startem jeszcze moment ciszy dla tragicznie zmarłego zawodnika Altomu Gniezno, Henryka Borowczyka.

Start odbył się bez komplikacji, co pewnie było wynikiem tego, że biegłem bez żadnych założeń czyli po prostu treningowo. Każdy wynik poniżej 1:50 brałbym w ciemno. 740 zawodników szybko utworzyło długi sznur i już za chwilę pokonywaliśmy agrafkę. Na pierwszych kilometrach wiatr wiał w plecy i moje tempo wskazywało na dobry wynik. Przy 6 lub 7 kilometrem zgadałem się z koleżanką Anią, że biegniemy razem na 1:42 i plan ten realizowałem do 10 kilometra, po którym powoli, powoli zmniejszałem tempo. Wszystko zmieniło się bowiem, gdy kilka zakrętów sprawiło, że podmuch celował prosto w twarze. Na nieszczęście przez niemal całą trasę albo wbiegaliśmy na wzniesienia, albo zbiegaliśmy z nich. Kryzys przyszedł na 16. kilometrze: wydawało mi się, że do tabliczki z „17″ nigdy nie dobiegnę i czas jakby stanął w miejscu. W końcu padła i 17-tka, a potem już siłą przyciągania magnetycznego zbliżającej się mety biegłem po prostu do przodu. Ostatni kilometr to jeszcze nieznaczne przyspieszenie, a same 100 metrów przed metą na rynku sprint, w którym zwycięsko pokonałem trzech innych biegaczy, choć walczyli zaciekle. Jak się potem okazało stawką tego pojedynku było 212 miejsce w kategorii OPEN. Czas biegu okazał się niemal identyczny z tym z Grodzisku Wielkopolskiego. Biegłem 1 godzinę 45 minut i 17 sekund, co biorę w ciemno i uważam za wynik dobry na tym etapie przygotowań.

Bieg oceniam bardzo dobrze. Na trasie były aż 4 punkty z wodą i z ilości zawodników, którzy zatrzymali się przy ostatnim na 20. kilometrze wnioskuję, że były bardzo potrzebne. Na mecie każdy dostał pamiątkowy medal oraz koszulkę. Była oczywiście też grochówka. Każdy mógł wziąć prysznic i skorzystać z masażu. Bardzo, bardzo przyjemne zawody!

A tutaj znajdziecie wyniki. Są też tradycyjnie już foty made by Emilia.

Strony:1234»

O mnie




Nazywam się Kuba Pudliszewski. Moja przygoda z bieganiem rozpoczęła się w lutym 2010 roku. To niedawna data, która kiedyś, mam nadzieję, wyda się jakże odległa.